wstecz
facebook
google
twitter

Samoutrudnianie, czyli jak pomóc sobie w porażce

Co to jest samoutrudnianie?

Niezależnie od tego, czy ktoś słyszał termin „samoutrudnianie” wcześniej, czy widzi go po raz pierwszy – nie jest to słowo trudne do rozszyfrowania. Samoutrudnianie to podejmowanie czynności, które powodują, że mamy mniejsze szanse osiągnąć założony cel. Może zabrzmi to śmiesznie, ale osoba działająca w ten sposób wcale nie chce odnieść porażki. Wręcz przeciwnie: bardzo mocno chce odnieść sukces. Czemu więc wkłada energię w działania, które ją od tego oddalają?

Przyczyny samoutrudniania

Przyczyną leżącą u podstaw tego paradoksu jest niska samoocena. Osoba po prostu boi się, że nie osiągnie sukcesu, mimo wykorzystania wszystkich swoich możliwości (talentu, wysiłku). Nie boi się porażki samej w sobie, tylko świadomości (a nie daj Bóg, jeśli ktoś jej to powie lub zasugeruje), że nie jest w stanie osiągnąć sukcesu w danej rzeczy. Że ona sama, jej cechy są przyczyna porażki. Czyli mówiąc krótko, że jest do luftu. Beznadziejna. Nie nadaje się do niczego. Nie potrafi spostrzegać porażki jako czegoś oddzielnego od niej. Dla niej klęska to automatycznie stwierdzenie, że jest nic niewarta osobą.




Jak wyglądają działania samoutrudniające?

Przedstawię to na prostym i bardzo powszechnym przykładzie. Student matematyki musi zdać egzamin z tego przedmiotu. Boi się, że go nie zda, bo nie ma talentu. Więc co robi? Wcale się nie uczy. Nawet nie chodzi na wykłady i nie pożycza notatek. Po prostu idzie na betona. Do tego dzień przed egzaminem, tak na szczęście, odwiedza pobliski klub i pije do późna. Oczywiście jest niewyspany i na potężnym kacu. Dziwi cię to, że ktoś, kto chce zdać ten egzamin (a zapewniam cię, że tak właśnie jest) robi dosłownie wszystko, by praktycznie mieć pewność, że będzie zupełnie odwrotnie? Zaraz wyjaśnię ci tą zagadkę.

Czemu służy samoutrudnianie?

Logicznie rzecz biorąc jego działania nic mu nie dały. Tylko mu zaszkodziły. A ja ci powiem, że dały i to wiele. Chronią jego samoocenę. I to w każdym wypadku: czy odniesie porażkę, czy mimo usilnych starań w kierunku przeciwnym, jednak osiągnie upragniony cel.

Działanie tego mechanizmu obronnego jest bardzo proste. Jeżeli osobie nie udało się zrobić tego, co sobie założyła, to ma mnóstwo wymówek (przecież tak usilnie je tworzyła), które zwalą winę na coś innego niż ona sama. Student nic się nie uczył. Nie był na ani jednym wykładzie i nie ma notatek. Do tego miał koszmarnego kaca i był potwornie niewyspany. Nic dziwnego więc, że nie zdał. Żałosne? Może. Ale czy można powiedzieć takiej osobie, że nie zdała, bo jest głupia? Przecież nawet mądry człowiek ma małe szanse zdać egzamin z czegoś, o czym nie ma pojęcia. A celem, który zdominował życie tego studenta jest uniknięcie poczucia, że jest głupi czy beznadziejny. Wszelkie inne cele (jak zdanie egzaminu) schodzą na dalszy plan. Myślisz sobie, że to chore? Zgadzam się. A jednak to się dzieje i to nie tak rzadko. Może mój przykład był ekstremalny wręcz do granic, ale wielu studentów robi część z tych rzeczy przed egzaminem.

Dobra, a co jak osiągnie sukces? Jeszcze lepiej. Samoocena zostanie podwójnie połechtana. Zdał, chociaż nie miała notatek, nie uczył się, był niewyspany i miał kaca. Mimo tak oczywistych przeszkód dał radę. Znaczy, że jest zajebisty. Sprytny. Inteligentny. Albo ma fart. Ale nie jest głupi. Osiągnął swój cel w obu przypadkach.




Podsumowanie

Mechanizm samoutrudniania jest powszechny: każdy z nas go wykorzystuje. Jest to normalne, dopóki nie przekracza granic, ponieważ każdy czasem w siebie wątpi. Jednak przykład, który podałam jest odzwierciedleniem wręcz chorobliwie niskiej samooceny. Takiej, która zaburza normalne funkcjonowanie. Aż taka przesada nie zdarza się często, ale myślę, że dzięki temu łatwiej jest zrozumieć, na czym polega fenomen paradoksu, jakim jest samoutrudnianie.